Strona główna

Dlaczego ten blog jest na granicy agonii, czyli kilka zdań na temat mojego doktoratu

Przyszedł czas na tłumaczenie się, dlaczego publikuję posty rzadziej (wiem, ostatnio prawie wcale), niż bym chciała, i co zabiera mi większość czasu po pracy. Plan był taki, że na blogu zaczną pojawiać się notki dotyczące rynku księgarsko-wydawniczego i szeroko pojętego edytorstwa, co związane jest z moją pracą redaktora. Ten wpis w pewnym sensie jest na temat, bo mówi co nieco o edytorstwie naukowym – na przykładzie mojej pracy doktorskiej. Robię doktorat z literaturoznawstwa, a dokładnie z tekstologii i edytorstwa literatury dawnej, co ni mniej, ni więcej znaczy, że przygotowuję współczesną edycję dawnego (siedemnastowiecznego) tekstu. Jeśli lubicie starocie i taką książkową archeologię, spodoba Wam się, choć pozornie mogłoby się wydawać, że to straszna nuda.

wbc.poznan.pl
Przygotowanie współczesnego wydania literatury dawnej
Żebyśmy mogli dziś poczytać (choćby tylko na lekcjach języka polskiego) poezję Kochanowskiego czy Sępa Szarzyńskiego, "Pana Tadeusza" Mickiewicza czy "Kordiana" Słowackiego ‒ ktoś musiał przygotować współczesne wydanie tych dawnych utworów. Tym kimś jest edytor (bądź też wydawca) naukowy. Forma starodruków, czyli druków dawnych, do końca XVIII wieku, wygląda mniej więcej jak strony na zdjęciu powyżej i poniżej. Przede wszystkim mamy tutaj słabo czytelny współcześnie font ‒ litery bardzo różnią się od dzisiejszych, w większości przypadków brak interpunkcji, mamy różnice w ortografii, pisowni małych i wielkich liter, teksty przepełnione są skrótami, cytatami po łacinie itd. Oczywiście teksty dawne pełne są słów i zwrotów, których już nie używamy i które zwyczajnie nie są zrozumiałe dla współczesnego czytelnika. Podobne trudności ‒ w odrobinę mniejszym zakresie ‒ spotykamy w przypadku tekstów dziewiętnastowiecznych.

Aby taki tekst dawny był dzisiaj czytelny i zrozumiały dla szerszej grupy odbiorców, konieczne jest przygotowanie i opracowanie jego współczesnej edycji (wydania). Na wydania, z których dziś najczęściej korzystamy ‒ popularnonaukowe i szkolne ‒ najczęściej składają się: tekst utworu (mocno przystosowany do współczesnych zasad ortograficznych itd.) i krótkie przypisy objaśniające sens trudniejszych wyrazów czy fraz. Jednak takie wydania opierają się na bardziej skomplikowanych edycjach naukowych z pełnym opracowaniem. Na czym polega to opracowanie? Edytor "przepisuje" tekst dawny, mając na względzie pewne ustalone (częściowo ustalane dla konkretnego tekstu lub autora) zasady wydania. W wielkim skrócie: chodzi o to, by przygotować nowe wydanie tekstu, które będzie przystępne dla współczesnego czytelnika, będzie miało zmodernizowaną, dzisiejszą ortografię i interpunkcję, ale jednocześnie zachowa semantyczną i brzmieniową postać utworu.

Kolejnym etapem pracy edytorskiej jest opracowanie komentarzy, czyli objaśnień do tekstu autorskiego. W przypadku mojej pracy są to głównie komentarze biograficzne, nawiązania źródłowe do innych tekstów (np. do tekstów Ojców Kościoła czy do poezji renesansowej), słownikowe (leksykalne), biblijne (wskazujące źródła cytatów po polsku i po łacinie ‒ z Biblii w przekładzie ks. Jakuba Wujka i z Wulgaty, oraz objaśniające kontekst różnorodnych nawiązań biblijnych) itd.

I zazwyczaj na końcu, kiedy już świetnie znamy wydawany utwór, powstaje kilkudziesięciostronicowy wstęp do wydania, w którym wydawca przedstawia postać autora, którego tekst wydaje, i analizuje jego utwory na tle tradycji piśmienniczej epoki.

*
Po co mi ten niepraktyczny doktorat, czyli trochę więcej prywaty
Pod koniec studiów wydawało mi się, że jak tylko obronię magistra, czeka mnie tylko codzienny kierat (praca etatowa albo i nie), przestanę się rozwijać, niczego nowego (niekoniecznie praktycznego) się nie nauczę. W zasadzie już na początku piątego roku postanowiłam, że pójdę na studia doktoranckie (tzn. zamierzałam spróbować się dostać, bo wydawało mi się, że to może być trudne). Oczywiście wszystkie moje niepokoje związane z wyobrażeniami o życiu po studiach były bzdurne (co wcale nie znaczy, że jest superlekko), choć pewnie typowe dla absolwenta, który ma się zderzyć z rzeczywistością rynku pracy, a ciągle słyszy, że nie ma pracy, studia humanistyczne są niepraktyczne, wychowują kasjerów w Biedronce itd.

Zatem poszłam na te studia doktoranckie, po drodze pracowałam jako redaktor freelancer, redaktor na etacie, zrobiłam studia podyplomowe, zaczęłam się uczyć niemieckiego, przeczytałam górę książek, z mniejszym lub większym samozaparciem pisałam blog. Praca doktorska trochę ucierpiała na tych wszystkich aktywnościach, ale mimo że miałam momenty zwątpienia (no bo w sumie po co mi ten doktorat?), a dziś mam mnóstwo pomysłów, jak się rozwijać w przyszłości, i choć być może naukowca ze mnie nie będzie, uważam, że studia doktoranckie to najlepsza decyzja, jaką podjęłam. Tak naprawdę dopiero w czasie pracy nad doktoratem nauczyłam się uczyć, nie kuć na pamięć, co robiłam całe studia, ale selekcjonować informacje i przyswajać te, które są naprawdę potrzebne, bez konieczności przepisywania na fiszkach połowy książki. Zaczęłam też dużo bardziej panować nad swoimi tekstami (wiem, wiem, nad nawiasami i myślnikami jeszcze nie). I wbrew pozorom umiejętności i wiedza zdobyte w czasie przygotowywania doktoratu – nawet z tak wykopaliskowej dziedziny – wcale nie okazały się tak niepraktyczne, jak mogłoby się zdawać. W pracy redaktora w wydawnictwie naukowym są wręcz jak znalazł. Powiedziałabym nawet, że – poza rodziną – doktorat to obecnie najważniejsza sprawa w moim życiu. Ważniejsza niż praca, choć bardzo ją lubię i przykładam się do niej najlepiej, jak potrafię. Przypuszczam jednak, że mało co sprawi mi w przyszłości taką satysfakcję, jak napisanie doktoratu, a mam teraz mnóstwo samozaparcia, by w ciągu najbliższych miesięcy finiszować.

Przykładowe fragmenty starodruków
Załączone ilustracje to kopie starodruków pisanych szwabachą, pismem gotyckim powstałym w XV wieku. Czytanie szwabachy początkowo może wydawać się trudne, ale po przeczytaniu kilku–kilkunastu stron przyzwyczajamy się do kształtu poszczególnych liter i bez większego trudu jesteśmy w stanie czytać siedemnastowieczne polskie starodruki.

wbc.poznan.pl

wbc.poznan.pl

wbc.poznan.pl

Fragment zasad wydania

Fragment komentarza edytorskiego 

Wróżba. Wspomnienia dziewczynki ‒ Agneta Pleijel


Matras.pl
Są takie książki, które na długo zostają w pamięci, które chce się mieć na półce, by co jakiś czas do nich wracać. Te lektury – pomimo osadzenia w konkretnych realiach czasowo-przestrzennych – mają warstwę, która nie dezaktualizuje się. Muszę przyznać, że literatura współczesna, szczególnie polska, nie dostarcza mi zbyt wielu takich pozycji. Tym cenniejszą perełką jawi się "Wróżba" Agnety Pleijel ‒ powieść autobiograficzna, której autorka – dojrzała kobieta – wraca do trudnych czasów dorastania, a tym samym uzmysławia czytelnikowi swojej książki, jak bardzo zbieżne mogą być doświadczenia trudów dojrzewania, niezależnie od szerokości geograficznej czy czasów, w jakich żyjemy.

Pleijel podejmuje próbę zrozumienia siebie z przeszłości, nastoletniej Netty dorastającej w trudnej atmosferze rodziny, w której ojciec i matka nie potrafią się rozstać, mimo że się nie kochają. Pisarka w doskonały sposób opisuje uniwersalne doświadczenie samotności nastolatka w zderzeniu ze światem dorosłych, którzy nie zawsze potrafią go zrozumieć. Pisze o osamotnieniu w nowym środowisku, problemach z nawiązaniem przyjacielskich relacji, o pierwszych miłościach, doświadczeniach seksualnych, które odgrywają szczególnie istotną rolę w życiu bohaterki i kształtują ją na całe życie, o poszukiwaniu Boga i przemożnej potrzebie sacrum, pragnieniu nadania życiu sensu. 

Postacią centralną na mapie relacji nastoletniej Netty jest ciotka Ricka. Netta czuje, że Ricka jest inna niż pozostali dorośli, niezapętlona w trudne relacje, wolna i niezależna, a ponadto o jej życiu ma decydować tajemnicza wróżba. Kontakt z Ricką pozwala uciec od domu, w którym się nie rozmawia, gdzie pozornie bliscy sobie ludzie nie starają się nawzajem zrozumieć, a dziecko staje w obliczu wyboru pomiędzy lojalnością wobec matki a miłością do ojca.
 
Pamięć dojrzałej pisarki bywa jednak zawodna, dlatego narracja „Wróżby” jest fragmentaryczna, pourywana, poszczególne wydarzenia z przeszłości walczą w pamięci autorki o miejsce z innymi. Powrót do bolesnych niekiedy wydarzeń i emocji musiał być trudny dla pisarki, co odbija się także w sposobie prowadzenia narracji, widzenia dawnej siebie – narracja pierwszoosobowa swobodnie miesza się z bardziej zdystansowaną, trzecioosobową. Typ narracji nie ułatwia odbioru książki, ale z pewnością koresponduje z jej treścią.

"Wróżba" to książka bardzo osobista, powiedziałabym nawet ‒ intymna, a mimo wszystko naprawdę uniwersalna. I myślę, że wbrew pozorom nie tylko czytelniczki, ale także czytelnicy płci męskiej będą w stanie identyfikować się z emocjami, doświadczeniami, motywacjami i  sposobem postępowania bohaterki. "Wróżbie" nie da się przypiąć łatki "literatury kobiecej", niezależnie od tego, jak tę kategorię pojmujemy. 

Obiecałam sobie czytać książki z większym krytycyzmem, jednak w obliczu „Wróżby” moja krytyczna postawa musiała rozbić się na kawałki, bo to naprawdę doskonała, choć niełatwa książka. Może przy następnej się uda...

Agneta Pleijel, „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki”, tłum. Justyna Czechowska, wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

Akuszerka ‒ Katja Kettu

SwiatKsiazki.pl
Powieść Kettu opowiada historię fińskiej akuszerki, która w czasie wojny zakochuje się w młodym esesmanie i postanawia pójść za nim do obozu koncentracyjnego. Rzecz dzieje się w roku 1944 w Laponii, niedaleko granicy Finlandii i ZSRR. Jedni piszą o tej książce, że jest genialna, inni uważają, iż autorka nie ma krzty empatii i chce się jedynie wypromować, w bezwzględny sposób opowiadając wojenną historię swojej babki. Myślę, że jedni i drudzy mają po trosze rację.

Główna bohaterka, nazywana Dzikim Okiem, wychowująca się bez rodziców, trochę pogardzana w lapońskiej społeczności ze względu na powiązania jej ojca z komunistami, to taka współczesna wiedźma. Z jednej strony odrzucana na margines, uważana za starą pannę, którą nikt się nie zainteresuje, z drugiej obdarzona niezwykłym darem leczenia. Autorka wykreowała silną kobietę, nieco prymitywną, która żyje w zgodzie z naturą, rozumie ją i czerpie z niej niezwykłą siłę. Dzięki swojej wiedzy Dzikie Oko jest niezależna, nie musi zabiegać o zainteresowanie mężczyzn, by przeżyć w tych trudnych czasach. Przynajmniej do czasu aż poznaje Johannesa.

Johannes Angelhurst to młody nazistowski fotograf, który w 1941 roku przebywał w niemieckim obozie w Babim Jarze na Ukrainie, miejscu kaźni ukraińskich Żydów. Johannes regularnie narkotyzuje się, by nie pamiętać o tamtej traumie i o swojej roli w mordzie, jednak makabryczne zadanie, jakie ma do wykonania w obozie w Titowce, skutecznie nie pozwala mu zapomnieć o tym, kim jest i gdzie się znajduje. Narrator nie mówi wprost, jaką dokładnie rolę Johannes odgrywał w Babim Jarze, jednak bez wątpienia brał udział w ludobójstwie.

Kettu stara się pisać w sposób bardzo sensualny, opisuje twardą rzeczywistość wojny, kiedy każda chwila może być ostatnią, a jako że opowiada o wielkiej miłości fińskiej akuszerki i esesmana, sporo tu gwałtownych emocji, trudnych decyzji, przemocy i prymitywnych zachowań. Z tego, co czytałam w innych recenzjach, szczególnie krytykowane są mocne, wręcz zezwierzęcone sceny erotyczne, zwykle opisywane bardzo prymitywnym, wulgarnym językiem. Przyznam, że sama trochę się irytowałam, czytając te fragmenty, ale z drugiej strony czego oczekuje czytelnik, który sięga po powieść o życiu w obozie koncentracyjnym?

Na pewnym poziomie odbioru "Akuszerka" jest uniwersalną opowieścią o tragicznym losie kobiet w czasie wojny, o tym, jak potrafią być silne i do czego są w stanie się posunąć, by chronić swoich bliskich, szczególnie dzieci. Kettu kreuje silne postaci kobiet, które potrafią wiele zrobić, by osiągnąć to, czego pragną, a z drugiej strony ich los w przerażający sposób jest zależny od mężczyzn. Nawet Dzikie Oko, początkowo niezależna akuszerka i uzdrowicielka, poznawszy Johannesa, zachowuje się, jakby straciła rozumu, jest przekonana, że doskonale go zna, nie bardzo przejmuje się tym, że być może ma do czynienia ze zbrodniarzem z Babiego Jaru.

Mimo wszystko o ile postaci kobiet w "Akuszerce" zbudowane zostały bardzo zgrabnie i ze sporym wyczuciem ich sytuacji (oprócz Dzikiego Oka szczególnie interesująco jawi się Lispet Näkkäla), to kreacje mężczyzn załamują, włącznie z wiecznie odurzonym głównym bohaterem, który ma słaby kontakt z rzeczywistością, a i w tych rzadkich chwilach przytomności nie potrafi się na nic zdecydować.

O książce przeczytałam na blogu Pauliny Małochleb Książki na ostro i choć sama nie nazwałabym "Akuszerki" powieścią "genialną", muszę przyznać, że mimo dramatycznej fabuły i miejscami przesadnie wykreowanych scen powieść Kettu przeczytałam z zainteresowaniem.

Czarne liście ‒ Maja Wolny

empik.com
4 lipca 1946 roku Kielce obiegła plotka, że ośmioletni Henio Błaszczyk został porwany i jest przetrzymywany przez Żydów mieszkających w kamienicy przy ulicy Planty 7. Kielczanie z ust do ust podawali pogłoskę, że Żydzi zamierzają dokonać na polskim dziecku mordu rytualnego. Plotka stała się zarzewiem serii napadów na ludność żydowską, w wyniku których z rąk mieszkańców Kielc, żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego i Milicji Obywatelskiej zginęło 37 Żydów, a 35 zostało rannych. To tragiczne, okrywające Polaków wstydem wydarzenie stało się kanwą, na której Maja Wolny oparła swą powieść.

Akcja powieści zasadniczo rozgrywa się w dwóch perspektywach czasowych: w latach czterdziestych oraz w 2011 roku (poza małym epizodem z lat trzydziestych). W 1946 roku mieszkająca w Marsylii żydowska komunistka polskiego pochodzenia Julia Pirotte przyjeżdża do Kielc na pogrzeb ofiar pogromu, by przygotować relację fotograficzną na łamy "Żołnierza Polskiego". Sześćdziesiąt pięć lat później, w przeddzień uroczystości upamiętniających tragiczne wydarzenia z 4 lipca w Kielcach znika dziesięcioletnia Laura ‒ córka pracującej na kieleckim uniwersytecie historyk, zajmującej się badaniem stosunków polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej. Pierwsze podejrzenie w związku z zaginięciem dziecka pada na chorego psychicznie ojca dziewczynki, jednak gdy policja zaczyna badać sprawę, pojawia się hipoteza łącząca zniknięcie Laury z pracą jej matki.

Postać żydowskiej fotoreporterki autorka zbudowała na życiorysie prawdziwej Julii Pirotte, pochodzącej z Końskowoli Żydówki, która przed wojną wyjechała na Zachód, gdzie zajmowała się między innymi dokumentowaniem działań francuskiego ruchu oporu. Druga bohaterka ‒ Weronika Czerny ‒ jest wytworem wyobraźni autorki, jednak życiorysy obu postaci w "Czarnych liściach" krzyżują się w interesujący sposób. W dodatku rodzina Weroniki w czasie wojny w hańbiący sposób wpisała się na karty historii kontaktów polsko-żydowskich.

Wątek kryminalny, związany ze zniknięciem małej Laury, poszukiwaniami dziewczynki i możliwymi hipotezami jej zniknięcia, zapewne miał szczególnie zaciekawić czytelnika i uczynić lekturę bardziej wciągającą. Jednak tak naprawdę to kwestie związane z pogromem kieleckim i postrzeganiem tych wydarzeń przez Polaków sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem. Język powieści Wolny nie jest specjalnie wyszukany, dlatego przy pierwszym otwarciu powieść sprawia wrażenie niepozornego czytadła, jakich wiele na rynku.

Maja Wolny w "Czarnych liściach" dowiodła, że nadal jest w nas wiele niezrozumienia, a często cechuje nas po prostu ignorancja, nie wiemy, a może nie chcemy wiedzieć czy pamiętać o wydarzeniach, które dla nas, Polaków, stanowią hańbiące grzechy przeszłości. "Czarne liście" to poruszająca, mądra opowieść o winie, krzywdzie i przebaczeniu, o tym, że historia zawsze się o nas upomni, dlatego naszym moralnym obowiązkiem jest wiedzieć i pamiętać.

Biała Rika ‒ Magdalena Parys

InstytutKsiazki.pl
Druga wojna światowa, młody Polak Karol zostaje wysłany do Hamburga na przymusowe roboty. Pracuje w cegielni Niemca, który ma dwie córki bliźniaczki, Gerdę i Ruth nazywaną Riką. Karol wdaje się w romans z obiema siostrami i obie zachodzą w ciążę, jednak to Rikę zabiera do Polski. Pod koniec wojny w obozie dla ocalałych z wojennej pożogi Rika, Niemka dla bezpieczeństwa udająca niemowę, rodzi syna. Wiele lat później w szczecińskim domu Riki zamieszka dziewięcioletnia Dagmara, która próbuje odkryć dawne tajemnice przybranej babci.

Fabuła powieści w pewnym stopniu, co potwierdza sama Magdalena Parys, opiera się na własnych doświadczeniach życiowych autorki. Jako dziecko Parys wraz z matką zamieszkała w Szczecinie w domu ojczyma i jego rodziców. Ci ostatni stali się pierwowzorami postaci Karola i Riki. Dagmara podobnie jak autorka w wieku dwunastu lat z rodziną wyjechała na stałe do Niemiec.

Narratorką powieści jest Dagmara ‒ dziewięcioletnia dziewczynka i dorosła, około czterdziestoletnia kobieta, która pisze książkę o własnym dzieciństwie i historii przybranej babci Riki. Jednak nie jestem przekonana, czy korzystne dla książki było włożenie narracji w usta dziewięcioletniej dziewczynki, której opowieść i tak jest wyraźnie wygrzebywana z pamięci i ‒ miałam wrażenie ‒ momentami niezręcznie infantylizowana. Narracja jest fragmentaryczna, przypomina ustną opowieść z wieloma dygresjami i wtrąceniami innych osób. Autorka w wielu miejscach zaznacza, że jeszcze wróci do danego tematu albo dalej opowie więcej o jakiejś postaci. Oddaje głos bohaterom książki, członkom rodziny, i jednocześnie konfrontuje swoją opowieść z tym, jak oni zapamiętali dane zdarzenie. Pojawiają się też wtręty i komentarze redaktorki książki (w jakim celu?), rysunki będące pseudodrzewami genealogicznymi, aby czytelnik nie pogubił się w koligacjach rodzinnych, choć raczej nie są one aż tak skomplikowane, by była potrzeba przekładania słowa na obraz.

Po książkę sięgnęłam, gdy wysłuchałam zachęcającej rozmowy Michała Nogasia z Magdaleną Parys w radiowej Trójce. Podobnie jak w materiałach promocyjnych wydawnictwa w audycji szczególnie akcentowana była historia tytułowej bohaterki powieści ‒ Riki. Dlatego spodziewałam się historii rodzinnej z wojną w tle, opowieści o winie, krzywdzie, przebaczeniu, a może jego braku. Tymczasem przeczytałam historię opierającą się w dużej mierze na pamiętniku i wspomnieniach kobiety, z czasów gdy była dziewięcioletnią dziewczynką. Dagmara opowiada o swoim dzieciństwie najpierw w Gdańsku, potem w Szczecinie, o trudnych relacjach z ojczymem, tęsknotą za ojcem i dziadkami z Gdańska, o przyjaciołach i nauczycielach. Także o miejscach, zarówno w Gdańsku, jak i w początkowo obcym, nieoswojonym Szczecinie, o swoich wyobrażeniach i obawach związanych z emigracją do Niemiec.

Autorka w wywiadach wielokrotnie podkreślała, że fabuła "Białej Riki" w dużej mierze jest zmyślona, w wywiadzie, jaki przeprowadził z Parys Jarosław Czechowicz z bloga Krytycznym okiem, pisarka powiedziała, że "nie wolno wierzyć we wszystko, co mówią pisarze". Skoro "Biała Rika" nie jest książką autobiograficzną, Parys mogła popuścić wodze fantazji i rozwinąć wątek Riki i Karola, bo ich historia ma naprawdę ogromny potencjał. Wówczas czytelnik dostałby książkę odpowiadającą tytułowi.

Ewidentnie miałam problem z konstrukcją powieści i sposobem prowadzenia narracji, a szkoda, bo "Biała Rika" to mądra książka o mitologizowaniu dzieciństwa, odgrzebywaniu przeszłości z zakamarków pamięci, Parys świetnie zobrazowała mechanizmy ludzkiej pamięci, pokazała, że zapamiętujemy szczegóły, pojedyncze przedmioty, emocje, pozornie wydawałoby się mało istotne drobiazgi. W moim odczuciu "Biała Rika" to jednak nie do końca "oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść o namiętności, grzechu, rozłące i pamięci", jak reklamuje powieść wydawca, choć fakt ‒ pięknie to brzmi. "Biała Rika" to historia z pamiętniczka małej Dagmary, która ‒ co zrozumiałe ‒ nie potrafi pogodzić się z rozstaniem z Polską i z nową rzeczywistością. Interesująca, jednak w czasie jej lektury zrobiłam przerwę na dwie inne książki.