Poprawna polszczyzna: pojedynczy czy pojedyńczy?

Jedyną poprawną formą jest "pojedynczy". Pochodzi ona od słowa "pojedynek", w którym spółgłoska "n" jest twarda.

Inaczej na przykład w przypadku słowa "młodzieniec", gdzie "n" jest zmiękczone przez następujące "i", dlatego przymiotnik od niego utworzony brzmi "młodzieńczy", nie "młodzienczy".

pojedynczy ✔
pojedyńczy ❌


Poprawna polszczyzna: używać coś czy czegoś?

Czasownik "używać" łączy się z dopełniaczem (używać czegoś), nie z biernikiem (używać coś).

Używam słownika. ✔
Używam słownik. ❌


Poprawna polszczyzna: na pewno i naprawdę

Dwa wyrażenia przyimkowe, których pisownia czasami nam się myli: "naprawdę" piszemy łącznie, "na pewno" rozdzielnie.


Poprawna polszczyzna: pomarańcz czy pomarańcza?

Gdy mamy na myśli owoc, ogólnopolska norma językowa dopuszcza jedynie formę "ta pomarańcza" (choć istnieją regionalizmy "ta pomarańcz" i "ten pomarańcz"). Z kolei kolor pomarańczowy to "ten pomarańcz".

Poprawna polszczyzna: przynajmniej czy bynajmniej?

Dziś o irytującym myleniu słów "przynajmniej" i "bynajmniej" w mowie potocznej -- niektórzy zastępują "przynajmniej", które wyznacza minimalny możliwy do zaakceptowania przez mówiącego zakres czegoś, słowem "bynajmniej", które jest partykułą wzmacniającą przeczenie.

Aby się nie mylić, wystarczy sobie uświadomić, że samo słowo "bynajmniej" zawiera pewien pierwiastek przeczenia.

Przeczytaj przynajmniej kilka stron ✔
Bynajmniej nie zamierzam tego robić ✔
Bynajmniej ja tak sądzę ❌


Poprawna polszczyzna: szekspirowski czy Szekspirowski?

Szekspirowski czy szekspirowski? Elżbietański czy elżbietański? Sienkiewiczowski czy sienkiewiczowski? W odpowiednich kontekstach uzasadniona jest pisownia małą lub wielką literą.

Aby je rozpoznać, wystarczy zadać sobie pytanie: czyj czy jaki? Jeśli przymiotniki te mają znaczenie dzierżawcze (odpowiadają na pytanie: czyj?), piszemy je wielką literą, np. dramat Szekspirowski = dramat Szekspira. Natomiast jeśli mają znaczenie jakościowe (pytanie: jaki?), stosujemy zapis małą literą, np. teatr elżbietański = teatr z czasów Elżbiety I, nie: teatr należący do Elżbiety I.

dramat Szekspirowski ✔
teatr elżbietański ✔
koncert szopenowski ✔
mazurek Szopenowski ✔


Poprawna polszczyzna: mi czy mnie?

Zaimek "ja" ma dwie formy celownika: akcentowaną "mnie" i nieakcentowaną "mi". Na początku zdania używamy tylko formy "mnie".

Mnie się to nie podoba. ✔
Mi się to nie podoba. ❌
Daj mi to. ✔
Daj mnie to. ❌


Poprawna polszczyzna: na co dzień

Kolejny obok "po prostu" zwrot, na który nie mam rady: trzeba po prostu zapamiętać, że "na co dzień" piszemy rozdzielnie.

na co dzień ✔
na codzień ❌



Poprawna polszczyzna: po prostu

Pisownia łączna i rozdzielna sprawia sporo kłopotów, nawet w przypadku wydawałoby się oczywistych fraz jak "po prostu". Frazę tę zapisujemy rozdzielnie.

po prostu ✔
poprostu ❌


Poprawna polszczyzna: w tym przypadku czy w tym wypadku?

Najnowsze słowniki oba wyrażenia uznają za poprawne, zaznaczając, że "w przypadku czegoś" jest bardziej oficjalne niż "w wypadku czegoś" i rekomendując używanie prostszego "w razie czegoś".

w przypadku czegoś ✔
w wypadku czegoś ✔
w razie czegoś ✔



Poprawna polszczyzna: w dwa tysiące osiemnastym

Mówimy i piszemy "w roku dwutysięcznym", ale "w dwa tysiące osiemnastym", nie: "w dwutysięcznym osiemnastym". Przecież gdybyśmy żyli 100 lat później, raczej nie mówilibyśmy: "w dwutysięcznym setnym osiemnastym", tylko "w dwa tysiące sto osiemnastym".

w dwa tysiące osiemnastym ✔
w dwutysięcznym osiemnastym ❌
w dwutysięcznym ✔
 
 

Poprawna polszczyzna: kilkakrotnie czy kilkukrotnie?

Nowe słowniki za poprawne uznają obie formy, w starszych pojawiała się jedynie forma "kilkakrotnie". Możemy zatem używać "kilkakrotnie" i "kilkukrotnie" wymiennie. Z punktu widzenia redaktora dopowiem tylko, że w tekstach pisanych dobrze zdecydować się na jedną z nich.

kilkakrotnie ✔
kilkukrotnie ✔



Poprawna polszczyzna: myśleć i wymyślić

Mówimy "myśleć" i "wymyślić". Aby nam się nie pomieszało, można sobie odmienić te czasowniki w czasie przeszłym:

wymyślić ➡ wymyślił
myśleć ➡ myślał

wymyślić ✔
myśleć ✔
wymyśleć ❌


Poprawna polszczyzna: półtora czy półtorej?

Liczebnik "półtora" formę żeńską "półtorej" przybiera w połączeniu z rzeczownikami w rodzaju żeńskim (np. półtorej godziny, półtorej szklanki), natomiast formę męską z rzeczownikami w rodzaju męskim (np. półtora kilograma, półtora dnia).


Poprawna polszczyzna: małą literą czy z małej litery?

Piszemy "małą (dużą, wielką) literą", ewentualnie "od małej (dużej, wielkiej) litery". Natomiast językoznawcy odradzają używania konstrukcji "z małej (dużej, wielkiej) litery", uznając ją za zbędny rusycyzm.

Poprawna polszczyzna: jasnoniebieski, żółto-zielony

Pisownia łączna i rozdzielna sprawia nam spore kłopoty. A do tego dochodzi jeszcze pisownia z dywizem (łącznikiem), który większość ludzi nazywa myślnikiem albo półpauzą (o tych kreskach zrobię kiedyś post).

Oba zapisy na obrazku są poprawne. Najlepszy sposób, by się nie pomylić w pisowni, to zastanowić się, czy oba człony wyrazu są równorzędne.

I tak piszemy "jasnoniebieski", bo chodzi o jasny odcień niebieskiego, nie jasny i niebieski. Z kolei "żółto-zielony" piszemy z łącznikiem, bo chodzi o żółty i zielony (np. w żółto-zielone paski). Istnieje jednak możliwość pisowni "żółtozielony", gdy mamy na myśli jednolity kolor trudny do określenia, ni to żółty, ni zielony (choć częściej powiemy po prostu seledynowy).

Poprawna polszczyzna: wziąć

Jedyną poprawną formą jest "wziąć". Nie mówimy "wziąść", podobnie jak nie mówimy "braść", tylko "brać". Nawet jest niektórzy posłowie upierają się, że jest inaczej 😉


Poprawna polszczyzna: na dwór czy na pole?

Odwieczny spór pomiędzy mieszkańcami Krakowa i Warszawy – wychodzimy na dwór czy na pole? Mieszkańcy Krakowa i niemal całej Małopolski (Małopolski w ujęciu historycznym, a więc także dzisiejszego Podkarpacia) wychodzą na pole, natomiast w pozostałych regionach Polski częściej wychodzi się na dwór.

Z językoznawczego punktu widzenia status tych wyrażeń nie jest równy: zwrot "wyjść na pole" uznawany jest za regionalizm, natomiast "wyjść na dwór" został usankcjonowany w normie ogólnopolskiej. Ma to swoje uzasadnienie w historii Polski – język zawsze kształtowany był przez jakiś centralny ośrodek władzy, najpierw był to ośrodek wielkopolski, potem małopolski, a wreszcie mazowiecki (warszawski).

Mieszkańcy Małopolski mogliby się poczuć pokrzywdzeni, ale przecież nikt nie każe im w codziennych sytuacjach używać zwrotu, który brzmi dla nich dziwnie. Język służy do komunikacji, do porozumiewania się, wychodźcie sobie na to pole, ale w tekstach pisanych, w oficjalnej komunikacji, zwłaszcza z osobami, które pochodzą spoza Małopolski, starajcie się używać języka ogólnopolskiego. Przecież w tekście skierowanym do szerszego grona nie powiecie, że macie obok łóżka nakastlik, tak jak poznaniak nie powie, że jadł na obiad pyry.


Poprawna polszczyzna: wieźć czy wieść?

Oczywiście oba czasowniki są poprawne, ale mają różne znaczenia. "Wieźć" oznacza przede wszystkim "przemieszczać coś lub kogoś z miejsca na miejsce za pomocą jakiegoś środka lokomocji", natomiast "wieść" to inaczej "prowadzić".

Aby się nie pomylić w pisowni, najlepiej je sobie po prostu odmienić: wieźć wiozę, wieść wiodę.

Wiozę dziecko do szkoły.
Wiodę spokojne życie.



Poprawna polszczyzna: 20 deka

"Deka" to nieodmienny rzeczownik w rodzaju nijakim. Mówimy "5 kilo", ponieważ pełna nazwa jednostki brzmi "kilogram", i "30 deka", bo pochodzi od słowa "dekagram", a nie "dekogram".

Poproszę 20 deka ciastek ✔
Poproszę 20 deko ciastek ❌


Poprawna polszczyzna: w każdym razie

Błędna konstrukcja "w każdym bądź razie" powstała najpewniej w wyniku kontaminacji wyrażeń "w każdym razie" i "bądź co bądź".

w każdym razie ✔
w każdym bądź razie ❌

Poprawna polszczyzna: każe czy karze?

Każe czy karze? Oczywiście oba czasowniki są poprawne, tyle że mają inne znaczenie. Forma "każe" pochodzi od czasownika "kazać", natomiast "karze" od "karać".


Poprawna polszczyzna: kisiel

Wyraz "kisiel" w odmianie zachowuje samogłoskę e, zatem nie mówimy "kiślu", tylko "kisielu". Aby to zapamiętać, można skojarzyć powiedzenie "siódma woda po kisielu".

Nie lubię kisielu ✔
Nie lubię kiślu ❌

Co ciekawe, dawniej mówiono raczej "dziesiąta woda po kisielu", w takiej formie wyrażenie to pojawia się między innymi w "Panu Tadeuszu". Etymologicznie wiąże się ono z popłuczynami w naczyniu po kisielu, zaś oznacza oczywiście dalekie powinowactwo.


Poprawna polszczyzna: "co tam jest napisane?"

"A w tamtej książce pisało, że...". Nie, nie pisało, BYŁO NAPISANE. Błąd chyba w zasadzie nie do wytępienia, typowy dla potocznej polszczyzny mówionej, ale można próbować.

Co tam pisze? ❎
Co tam jest napisane? ✔

Jednak poprawne są sformułowania: "W gazecie piszą, że..." oraz "Gazety piszą...".




Poprawna polszczyzna: "w cudzysłowie"

Zapisać coś w cudzysłowie czy w cudzysłowiu? Oczywiście prawidłowa jest pierwsza forma. Aby łatwiej to zapamiętać, można zestawić sobie "cudzysłów" ze słowem "rów": mówimy "w rowie", a nie "w rowiu". Niektórzy mają też bardziej dosadne porównania 😉


Poprawna polszczyzna: "wydaje się"

"Wydaje się być" - jeden z najbardziej irytujących błędów językowych. Trafia się nawet w zredagowanych już tekstach, jak ten, którego korektę właśnie robię.

"Ta osoba wydaje się miła" ✔
"Ta osoba wydaje się być miła" ❎

Błąd ten jest kalką niemieckiego wyrażenia "es scheint zu sein".

Ale uwaga, żeby nie było zbyt łatwo, są zdania, w których czasownik "być" w tym wyrażeniu musi się pojawić, mianowicie kiedy po wyrażeniu "wydaje się być" pojawia się przysłówek, np. "Coś wydaje się być w odwrocie".



Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka – Cezary Łazarewicz

Czarne.com.pl
Na fali pierwszej nagrody Nike dla reportażu postanowiłam nadrobić zaległości czytelnicze i sięgnąć po książkę Cezarego Łazarewicza. Reportażysta opowiada historię zabójstwa Grzegorza Przemyka, warszawskiego maturzysty, syna działaczki opozycyjnej i poetki Barbary Sadowskiej, który stał się jednym z symboli przemocy peerelowskiej milicji. 12 maja 1983 roku został aresztowany na placu Zamkowym w Warszawie, gdzie wraz z kolegami świętował maturę, następnie zawieziony do pobliskiego komisariatu, a tam dotkliwie pobity, w wyniku czego dwa dni później zmarł. Zbrodnia ta prawdopodobnie nie byłaby tak głośna, gdyby milicjanci zostali osądzeni i ukarani. Jednak władza ‒ jak się okazuje, najwyższego szczebla, z Czesławem Kiszczakiem na czele ‒ postanowiła nakręcić spiralę matactw, mających na celu udowodnienie, że Przemyk był chorym psychicznie narkomanem, który został "unieszkodliwiony" przez sanitariuszy karetki pogotowia.

Sprawa Grzegorza Przemyka budziła i ‒ biorąc pod uwagę, iż niektórzy z uczestników wydarzeń sprzed 30 lat nawet dziś obawiają się o tym mówić ‒ budzi wiele emocji. Cezaremu Łazarewiczowi, który w czasie pisania książki musiał się emocjonalnie zaangażować, udało się własne emocje ukryć i podejść do sprawy bardzo profesjonalnie, co wcale nie znaczy, że reportaż napisany został suchym, dziennikarskim stylem. I chyba w tym wyważeniu stylu tkwi tajemnica reportażu ‒ warsztatowo to naprawdę bardzo dobra książka. Łazarewicz musiał niezwykle uważnie przeczytać tony archiwaliów, przede wszystkim akt milicyjnych i sądowych, dokumentów raczej nudnych, a i tak udało mu się wyłuskać to, co najistotniejsze, i odtworzyć kilka miesięcy lat 1983‒1984, nie serwując przy tym czytelnikowi dłużyzn. Narracja prowadzona jest w czasie teraźniejszym, dzięki czemu mamy wrażenie, jakbyśmy z bliska przyglądali się wydarzeniom.

Myślę, że autorowi udało się osiągnąć taki doskonały efekt, bo jego celem nie było wyłącznie napisanie relacji, ale i próba zrozumienia, co rzeczywiście wydarzyło się tamtego majowego dnia 1983 i w następnych miesiącach, jakie mechanizmy władzy zostały uruchomione, a przede wszystkim którzy ludzie stali za zaciemnianiem faktów. I tutaj padają konkretne nazwiska przedstawicieli władzy Polski Ludowej, konkretne działania mające na celu oczernienie Przemyka, jego przyjaciół i rodziny oraz wybielenie morderców, w gruncie rzeczy będących tępymi narzędziami systemu. Łazarewicz odtworzył cały ten proces szkalowania, osaczania i zastraszania świadczący o ogromnej głupocie władzy, tępym uporze i zupełnym braku przewidywalności architektów władzy PRL. Gdyby Kiszczak i jego podwładni pozwolili prokuraturze osądzić i ukarać prawdziwych sprawców zbrodni, ludzie pewnie żyliby tą sprawą przez jakiś czas, jednak Przemyk byłby tylko kolejną ofiarą systemu. Tymczasem spirala kłamstw, którą nakręciły władze, paradoksalnie niemal wyniosła warszawskiego maturzystę na ołtarze, a z Barbary Sadowskiej uczyniła symbol cierpiącej matki Polki.

Słowem podsumowania: sama w sobie sprawa tragicznej śmierci Grzegorza Przemyka przedstawiona została przez Łazarewicza naprawdę interesująco, ale możliwe to było dzięki świetnemu warsztatowi reportażysty. Moim zdaniem "Żeby nie było śladów" powinna być rozkładana na części podczas warsztatów reportażu i analizowana jako wzór, szczególnie w przypadku tematów, które wymagają sporo empatii i jednocześnie znalezienia złotego środka pomiędzy emocjonalnym podejściem a czysto dziennikarskim śledztwem.

Cezary Łazarewicz, "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka", Wołowiec 2016, ss. 320

Wróżba. Wspomnienia dziewczynki ‒ Agneta Pleijel


Matras.pl
Są takie książki, które na długo zostają w pamięci, które chce się mieć na półce, by co jakiś czas do nich wracać. Te lektury – pomimo osadzenia w konkretnych realiach czasowo-przestrzennych – mają warstwę, która nie dezaktualizuje się. Muszę przyznać, że literatura współczesna, szczególnie polska, nie dostarcza mi zbyt wielu takich pozycji. Tym cenniejszą perełką jawi się "Wróżba" Agnety Pleijel ‒ powieść autobiograficzna, której autorka – dojrzała kobieta – wraca do trudnych czasów dorastania, a tym samym uzmysławia czytelnikowi swojej książki, jak bardzo zbieżne mogą być doświadczenia trudów dojrzewania, niezależnie od szerokości geograficznej czy czasów, w jakich żyjemy.

Pleijel podejmuje próbę zrozumienia siebie z przeszłości, nastoletniej Netty dorastającej w trudnej atmosferze rodziny, w której ojciec i matka nie potrafią się rozstać, mimo że się nie kochają. Pisarka w doskonały sposób opisuje uniwersalne doświadczenie samotności nastolatka w zderzeniu ze światem dorosłych, którzy nie zawsze potrafią go zrozumieć. Pisze o osamotnieniu w nowym środowisku, problemach z nawiązaniem przyjacielskich relacji, o pierwszych miłościach, doświadczeniach seksualnych, które odgrywają szczególnie istotną rolę w życiu bohaterki i kształtują ją na całe życie, o poszukiwaniu Boga i przemożnej potrzebie sacrum, pragnieniu nadania życiu sensu. 

Postacią centralną na mapie relacji nastoletniej Netty jest ciotka Ricka. Netta czuje, że Ricka jest inna niż pozostali dorośli, niezapętlona w trudne relacje, wolna i niezależna, a ponadto o jej życiu ma decydować tajemnicza wróżba. Kontakt z Ricką pozwala uciec od domu, w którym się nie rozmawia, gdzie pozornie bliscy sobie ludzie nie starają się nawzajem zrozumieć, a dziecko staje w obliczu wyboru pomiędzy lojalnością wobec matki a miłością do ojca.
 
Pamięć dojrzałej pisarki bywa jednak zawodna, dlatego narracja „Wróżby” jest fragmentaryczna, pourywana, poszczególne wydarzenia z przeszłości walczą w pamięci autorki o miejsce z innymi. Powrót do bolesnych niekiedy wydarzeń i emocji musiał być trudny dla pisarki, co odbija się także w sposobie prowadzenia narracji, widzenia dawnej siebie – narracja pierwszoosobowa swobodnie miesza się z bardziej zdystansowaną, trzecioosobową. Typ narracji nie ułatwia odbioru książki, ale z pewnością koresponduje z jej treścią.

"Wróżba" to książka bardzo osobista, powiedziałabym nawet ‒ intymna, a mimo wszystko naprawdę uniwersalna. I myślę, że wbrew pozorom nie tylko czytelniczki, ale także czytelnicy płci męskiej będą w stanie identyfikować się z emocjami, doświadczeniami, motywacjami i  sposobem postępowania bohaterki. "Wróżbie" nie da się przypiąć łatki "literatury kobiecej", niezależnie od tego, jak tę kategorię pojmujemy. 

Obiecałam sobie czytać książki z większym krytycyzmem, jednak w obliczu „Wróżby” moja krytyczna postawa musiała rozbić się na kawałki, bo to naprawdę doskonała, choć niełatwa książka. Może przy następnej się uda...

Agneta Pleijel, „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki”, tłum. Justyna Czechowska, wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

Akuszerka ‒ Katja Kettu

SwiatKsiazki.pl
Powieść Kettu opowiada historię fińskiej akuszerki, która w czasie wojny zakochuje się w młodym esesmanie i postanawia pójść za nim do obozu koncentracyjnego. Rzecz dzieje się w roku 1944 w Laponii, niedaleko granicy Finlandii i ZSRR. Jedni piszą o tej książce, że jest genialna, inni uważają, iż autorka nie ma krzty empatii i chce się jedynie wypromować, w bezwzględny sposób opowiadając wojenną historię swojej babki. Myślę, że jedni i drudzy mają po trosze rację.

Główna bohaterka, nazywana Dzikim Okiem, wychowująca się bez rodziców, trochę pogardzana w lapońskiej społeczności ze względu na powiązania jej ojca z komunistami, to taka współczesna wiedźma. Z jednej strony odrzucana na margines, uważana za starą pannę, którą nikt się nie zainteresuje, z drugiej obdarzona niezwykłym darem leczenia. Autorka wykreowała silną kobietę, nieco prymitywną, która żyje w zgodzie z naturą, rozumie ją i czerpie z niej niezwykłą siłę. Dzięki swojej wiedzy Dzikie Oko jest niezależna, nie musi zabiegać o zainteresowanie mężczyzn, by przeżyć w tych trudnych czasach. Przynajmniej do czasu aż poznaje Johannesa.

Johannes Angelhurst to młody nazistowski fotograf, który w 1941 roku przebywał w niemieckim obozie w Babim Jarze na Ukrainie, miejscu kaźni ukraińskich Żydów. Johannes regularnie narkotyzuje się, by nie pamiętać o tamtej traumie i o swojej roli w mordzie, jednak makabryczne zadanie, jakie ma do wykonania w obozie w Titowce, skutecznie nie pozwala mu zapomnieć o tym, kim jest i gdzie się znajduje. Narrator nie mówi wprost, jaką dokładnie rolę Johannes odgrywał w Babim Jarze, jednak bez wątpienia brał udział w ludobójstwie.

Kettu stara się pisać w sposób bardzo sensualny, opisuje twardą rzeczywistość wojny, kiedy każda chwila może być ostatnią, a jako że opowiada o wielkiej miłości fińskiej akuszerki i esesmana, sporo tu gwałtownych emocji, trudnych decyzji, przemocy i prymitywnych zachowań. Z tego, co czytałam w innych recenzjach, szczególnie krytykowane są mocne, wręcz zezwierzęcone sceny erotyczne, zwykle opisywane bardzo prymitywnym, wulgarnym językiem. Przyznam, że sama trochę się irytowałam, czytając te fragmenty, ale z drugiej strony czego oczekuje czytelnik, który sięga po powieść o życiu w obozie koncentracyjnym?

Na pewnym poziomie odbioru "Akuszerka" jest uniwersalną opowieścią o tragicznym losie kobiet w czasie wojny, o tym, jak potrafią być silne i do czego są w stanie się posunąć, by chronić swoich bliskich, szczególnie dzieci. Kettu kreuje silne postaci kobiet, które potrafią wiele zrobić, by osiągnąć to, czego pragną, a z drugiej strony ich los w przerażający sposób jest zależny od mężczyzn. Nawet Dzikie Oko, początkowo niezależna akuszerka i uzdrowicielka, poznawszy Johannesa, zachowuje się, jakby straciła rozumu, jest przekonana, że doskonale go zna, nie bardzo przejmuje się tym, że być może ma do czynienia ze zbrodniarzem z Babiego Jaru.

Mimo wszystko o ile postaci kobiet w "Akuszerce" zbudowane zostały bardzo zgrabnie i ze sporym wyczuciem ich sytuacji (oprócz Dzikiego Oka szczególnie interesująco jawi się Lispet Näkkäla), to kreacje mężczyzn załamują, włącznie z wiecznie odurzonym głównym bohaterem, który ma słaby kontakt z rzeczywistością, a i w tych rzadkich chwilach przytomności nie potrafi się na nic zdecydować.

O książce przeczytałam na blogu Pauliny Małochleb Książki na ostro i choć sama nie nazwałabym "Akuszerki" powieścią "genialną", muszę przyznać, że mimo dramatycznej fabuły i miejscami przesadnie wykreowanych scen powieść Kettu przeczytałam z zainteresowaniem.