Strona główna

Imię wiatru – Patrick Rothfuss

Co doprowadziło legendarnego Kvothe'a hermetyka, mistrza sympatii i alchemii, a w mniej przychylnej bohaterowi wersji złodzieja i królobójcę – do ciepłej posadki karczmarza? Ten tajemniczy rudowłosy mężczyzna opowiada historię swojego dzieciństwa i młodości wędrownemu Kronikarzowi oraz swemu uczniowi, Bastowi. Są to losy chłopca, który pragnął poznać imię wiatru. Kvothe przedstawia swoim słuchaczom dziecko wywodzące się z Edema Ruh, które do jedenastych urodzin żyło w szczęśliwej rodzinie, podróżując wraz z trupą teatralną swoich rodziców-artystów i ich przyjaciół.


Niestety w czasie jednego z postojów rodzinny tabor został zaatakowany przez tajemniczych ludzi zginęli wszyscy poza Kvothem, który na chwilę oddalił się od obozu. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to dzieło Chandrian. Kim są Chandrianie? Skąd się bierze niebieski płomień? I czy możliwe, że w dziecięcej piosence tkwi ziarno prawdy? Na te pytania pragnie odpowiedzieć Kvothe. Wszystko, co robi, jest temu podporządkowane, nie ma innych marzeń.

Temat powieści zasadniczo nie wprowadza niczego nowatorskiego. Mianowicie młody chłopiec, właściwie jeszcze dziecko, traci rodziców w koszmarnych okolicznościach, musi sobie radzić sam, a celem jego życia staje się wyjaśnienie, co i dlaczego  wydarzyło się tamtego tragicznego dnia. Kvothe wstępuje na uniwersytet, gdzie znosi negatywnie ukierunkowanego w stosunku do niego profesora, jak i studentów, którzy zazdroszczą mu inteligencji, sprytu, a przede wszystkim tego, że dużo szybciej niż rówieśnicy ba, nawet szybciej niż starsi od niego uczniowie pnie się po szczeblach kariery uniwersyteckiej. Schemat ten jest często spotykany w literaturze fantastycznej i przygodowej, najbardziej znanym przykładem jest oczywiście seria powieści o Harry'm Potterze. Tym, co stanowi pewne novum jest w książce Patricka Rothfussa konstrukcja fabuły: najpierw poznajemy dorosłego Kvothe'a, z pozoru zwykłego karczmarza w jakiejś zapadłej mieścinie, dopiero potem zapoznajemy się ze studentem, którego spotykają w życiu bardzo dziwne rzeczy. Taka struktura fabuły sprawia, że czytelnik ma ochotę przeczytać to grube, prawie dziewięciusetstronicowe tomiszcze jak najszybciej, by dowiedzieć się, jak bohater wylądował w karczmie.

Po przeczytaniu powieści zaczęłam się zastanawiać, ile tak naprawdę jest fantastyki w Imieniu wiatru. Owszem, są tajemnicze, siejące grozę postacie Chandrianie, autor zapoznaje nas z arkanami alchemii i sympatii, wspomina o Krainie Elfów, mamy smoka, przypominające wielkie pająki screale oraz umiejętności na miarę czarnoksiężników. Ale w zasadzie na tym się kończą elementy fantasy. Tak naprawdę książkę Rothfussa zakwalifikowałabym jako powieść przygodowo-podróżniczą, bo choć główny bohater wcale nie przemieszcza się za często w przestrzeni (w każdym miejscu spędza po kilka lat), czytelnik może odnieść wrażenie, że fabuła utworu to nic innego, jak podróż Kvothe'a w kierunku prawdy. Jest to też bez wątpienia powieść inicjacyjna bohater dorasta i dojrzewa do odkrycia tajemnicy, którą skrywa przeszłość. Postać wrażliwego i jeszcze bardzo dziecinnego Kvothe'a-studenta mocno kontrastuje z kreacją Kvothe'a-karczmarza, w którego duszy zalega niepokojący mrok. I właściwie tym, do czego dąży czytelnik wraz z rozwojem fabuły, jest odkrycie, jakie to spustoszenia poczyniły w psychice bohatera kolejne wydarzenia.

Postać Kvothe'a skonstruowana została w ciekawy sposób z punktu widzenia psychologii jest kimś, kogo można by nazwać herosem-żebrakiem. Z jednej strony jawi się jako genialny uczeń, potężny hermetyk, który sympatię ma we krwi i sam właściwie nie zdaje sobie sprawy z potęgi swojej mocy, z drugiej – jest sierotą, dzieckiem ulicy, biedakiem, który w swoim krótkim życiu wiele razy kradł i żebrał. Bohater z pewnością zdobędzie sympatię czytelnika, wzbudzi litość, gdy niemalże umiera z głodu i zamarza na ulicach Tarbean, i wielki podziw, gdyż jest w stanie położyć na szali wszystko, co posiada, by osiągnąć swój cel. Ma przy tym duszę wrażliwego artysty, który cudownie gra na lutni, i prawdziwego dżentelmena, jeśli idzie o zachowanie w stosunku do kobiet. Właśnie, kobiety – w książce Rothfussa pojawia się ich kilka, każda jest w jakiś sposób ważna dla bohatera i żadna nie jest zwyczajna.

Na tych dziewięciuset stronach wydarzeń jest mnóstwo, więc nie ma mowy o nudzie i monotonii. Zarówno stan ducha, jak i sakiewki Kvothe’a zmienia się bardzo szybko. Wspominam o tym, bo pieniądze oznaczają być albo nie być bohatera w społeczności akademickiej i od ich posiadania w dużej mierze zależy jego postępowanie. Dynamika zdarzeń jest zadziwiająca, student co rusz wpada w kolejne tarapaty, co w połączeniu z ciekawą sferą psychologiczną zadowoli nawet najbardziej wymagającego czytelnika. Partie tekstu, w których akcja toczy się w karczmie wzbudzają strach, a nawet przerażenie i są utrzymane niemalże w konwencji horroru, natomiast wspomnienia Kvothe’a są mniej złowieszcze, ale za to bardziej wciągają i zaciekawiają wątkami przygodowymi. Przyznam, że trochę rozczarowało mnie otwarte zakończenie i czułam pewien niedosyt z tym związany, ale tym chętniej sięgnę po pierwszą część drugiego tomu, Strach mędrca, która właśnie trafiła do księgarń. 

Powieść napisana została prostym w odbiorze językiem. Ciekawym elementem są utarczki słowne (choć nie tylko) Kvothe’a z największych wrogiem, Ambrose’m oraz dwoma najlepszymi przyjaciółmi. Do warstwy edytorskiej nie mam zbyt wielu zastrzeżeń, gdyż Rebis wydaje książki niemalże bezbłędne, to znaczy jest w nich zadziwiająco mało literówek i błędów składu. Oprawę graficzną nazwałabym poprawną – nie wzbudza zachwytu, ale oba tomy zostały spójnie skomponowane. Natomiast żałuję, że publikacja wydrukowana została na zwykłym papierze, a nie na tzw. dmuchanym, który sprawia, że książka jest dużo lżejsza i tym samym bardziej poręczna, co w przypadku dziewięciusetstronicowej powieści ma niebagatelne znaczenie.

Powieść Imię wiatru to pierwszy tom cyklu Kroniki Królobójcy autorstwa Patricka Rothfussa, debiut powieściowy autora, który na zachodzie odniósł duży sukces, a u nas przeszedł właściwie bez echa. A szkoda, bo to bardzo mądra i głęboka książka. Utwór o dążeniu do osiągnięcia celu, o drodze, którą każdy człowiek musi przejść, zanim zmądrzeje, o odkrywaniu tego, co jest w życiu ważne. Oczywiście jest to również rozrywka na całkiem niezłym poziomie, ale myślę, że te elementy, które zwykle mają sprzedać powieść – wartka akcja, chwytliwi bohaterowie, wątek miłosny itd. – były dla jej autora mniej ważne. I dobrze!

4 komentarze:

  1. Nie wiem dlaczego, ale wyjątkowo nie ciągnie mnie do tej książki. Chyba tym razem sobie odpuszczę. Żeby to była jeszcze osobna powieść a nie część serii,to może, może, a tak to spasuje jednak.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnio raczej odpuszczam sobie serie, wolę coś, co zamyka się w jednym tomie - to pewnie moje lenistwo...:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Forma retrospekcji wydaje się całkiem fajnym pomysłem, także idea książki - chociaż zupełnie nieoryginalna - wydaje się trafiać w moje gusta. Na pewno sięgnę po tego grubasa :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem już po drugiej części i muszę przyznać, że obie bardzo przypadły mi do gustu. Jest w nich wszystko co tak bardzo lubię: plastyczny język narracji, ciekawe postacie i odrobina magii.. no może Denna jest nieco irytująca ale z zaciśniętymi zębami można o niej czytać.

    OdpowiedzUsuń