Strona główna

Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy ‒ Swietłana Aleksijewicz

Najnowszy reportaż znakomitej białoruskiej pisarki i dziennikarki to zbiór wspomnień ludzi, którzy jako dzieci przeżyli okupację niemiecką na Białorusi. Reportaż ten ma ogromną siłę rażenia i nie potrzebuje długiego komentarza, wystarczyłyby tylko fragmenty książki. Swietłana Aleksijewicz rzeczywiście w przedziwny sposób potrafi wydobyć to, co najbardziej bolesne, najbardziej wstrząsające i stworzyć z tego pasjonującą lekturę, na tyle wciągającą, że czytanie jej można odczuwać jako pewnego rodzaju profanację.

"Ostatnich świadków" trudno polecać jako dobrą książkę, bo nie jest to kategoria lektur, które czyta się dla przyjemności czy dla zabicia czasu, wręcz przeciwnie ‒ momentami sprawia niemal fizyczny ból, a łzy współczucia cisną się do oczu. To jedna z tych książek, które niesamowicie uwrażliwiają na krzywdę drugiego człowieka, wywołuje lawinę empatii. Niezwykle wartościowa lektura, do której się wraca. Poza tym autorka po raz kolejny pokazał świetny warsztat, niezwykłą umiejętność uderzania w tę najczulszą strunę.

Aleksijewicz interesuje świat widziany z perspektywy małego człowieka, którego dzieciństwo skończyło się wraz z wybuchem wojny. Jest to wstrząsająca opowieść o strachu dzieci, których ojcowie poszli na wojnę, matki zostały zamordowane, a domy spalone wraz z całymi wsiami. O głodzie niemożliwym do wyobrażenia dla nikogo, kto go nie doświadczył. To też opowieść o samotności i dojmującej tęsknocie, życiu w domu dziecka wśród setek dzieci płaczących po nocach za mamą. Wszystkie razem, te historie stają się taką przypowieścią o człowieczeństwie i o jego granicach. Wymordowano ich rodziny i spalono domy, a mimo to wielu spośród nich zachowało dziecięcą empatię, która nie pozwala im odmówić pomocy głodującemu jeńcowi niemieckiemu.

***
Gdy się widziało czarnego trupa, to znaczyło, że spłonął starszy człowiek. A jak się zobaczyło coś małego, różowego, to był to trup dziecka.
Katia ‒ 13 lat

Wybuchają bomby, a ja tulę się do starszego brata: "Ja chcę żyć! Ja chcę żyć!"
Wasia ‒ 4 lata
Cały czas chciało mi się jeść. Ale jeszcze większą miałam ochotę, żeby ktoś mnie przytulił.
Marina ‒ 4 lata
Moja siostra cioteczna, miała dziesięć lat, niosła naszego trzyletniego braciszka. Biegła, biegła, aż sił jej zabrakło i upadła. Przeleżeli w śniegu całą noc, on zamarzł, a ona przeżyła.
Dima ‒ 4 lata
Zapamiętałem, że jej mama nad trumną powtarzała: "Trzy lata i dwa miesiące... Trzy lata i dwa miesiące..." Dziewczynka znalazła granat i zaczęła kołysać jak lalkę... Zawinęła w szmatki i kołysze. Granat był mały, jak zabawka, ale ciężki. Matka nie zdążyła dobiec...
Po wojnie w naszej wsi Stare Hoławczyce w rejonie pietrikowskim grzebano dzieci jeszcze przez dwa lata.
Dima ‒ 4 lata
Naszą kuzynkę powiesili... Jej mąż dowodził oddziałem partyzantów, a ona była w ciąży. Niemcy przyjechali, ktoś im doniósł. Spędzili wszystkich na plac. Wydali rozkaz, żeby nikt nie płakał. [...] Można było krzyczeć, ale nie płakać ‒ bo nie wolno się litować. A Niemcy chodzili i zabijali tych, którzy płaczą. Chłopaków szesnasto-, siedemnastoletnich zastrzelili... Bo płakali.
 Wiera ‒ 7 lat
Ojciec wziął granat i umówił się z nami, że jeśli Niemcy nas zauważą, to wyrwie zawleczkę. Już się pożegnaliśmy. Zdjęliśmy z bratem paski i zrobili pętle, żeby się powiesić, nawet założyliśmy je sobie na szyję. Mama ucałowała nas wszystkich. Słyszałem, jak powiedziała do ojca: "Żeby choć jeden synek został..."
Sasza ‒ 10 lat
Chłopi wiedzą, co to znaczy wyhodować jedną krowę, jaka to praca. Ile trzeba cierpliwości, ile czasu. Płakali, widząc, jak giną żywe stworzenia. To przecież nie drzewo, które pada i milczy, to wszystko krzyczało, rżało, beczało... Jęczało...
Luba ‒ 11 lat
Wkrótce wieś spalili Niemcy. Razem z ludźmi. Naszą nową ciocię też. A myśmy przeżyli, bo wczesnym rankiem poszliśmy na jagody... Siedzieliśmy na pagórku i patrzyli na płomienie...
Nina ‒ 6 lat
Z bliska zobaczyłam pierwszego Niemca... Wysoki, niebieskie oczy. Zdziwiłam się, że taki ładny, a zabija. Bo byli ładni...
Zina ‒ 7 lat
A głód był taki, że matka w zimie ugotowała stary kożuch i rzemienne baty, bo nam pachniały mięsem. Braciszek jeszcze ssał. Zalewałyśmy wrzątkiem jajko i tę wodę dawały mu zamiast mleka. Przestawał wtedy płakać i umierać...
Zina ‒ 7 lat
Najstraszniejsza była utrata mamy. Widziałam zabitą młodą kobietę, a dziecko ssało jej pierś. Widać zginęła przed chwilą. Dziecko nawet nie płakało. A ja siedziałam obok...
Lena ‒ 7 lat
Były tam też takie dzieci, które nie umiały jeszcze chodzić, tylko raczkowały. Kiedy chciały jeść, lizały podłogę... Zlizywały kurz... Te dzieci szybko umierały.
Wala ‒ 5 lat
Niemieccy lekarze uważali, że krew pobrana od dziecka do lat pięciu pozwala rannym szybciej wracać do zdrowia. Że ma odmładzające właściwości. Teraz to wiem...
Wala ‒ 5 lat

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz