Strona główna

Wariatka z Komańczy ‒ Maria Nurowska

Proszynski.pl
Najnowsza powieść Marii Nurowskiej opowiada historię życia znanej malarki Marty Kohn ‒ dziś wdowy, właścicielki galerii sztuki w Warszawie, kobiety, której przeszłość skrywa tajemnice. Po latach bohaterka spędza urlop w Bieszczadach i tak zakochuje się w górach, że postanawia rozpocząć tam nowe życie, nie wraca już do miasta. Nazwisko autorki kojarzyłam chyba jeszcze z czasów, gdy modne było zamawianie książek z katalogów wysyłkowych, a powieści Nurowskiej wydawał Świat Książki, ale jakoś tak się złożyło, że nie czytałam wcześniej książek tej autorki, i po lekturze "Wariatki z Komańczy" niestety jestem rozczarowana.

Przede wszystkim postać głównej bohaterki jest niespójna psychologicznie. W retrospekcji poznajemy kobietę, która w dzieciństwie skazana została na dom dziecka, przez co nie potrafi nawiązywać głębokich relacji emocjonalnych, także damsko-męskich, wiecznie ucieka przed problemami, jest niemal całkowicie bierna, nie umie rozwikłać swej toksycznej relacji z siostrą bliźniaczką ani znaleźć spełnienia w związkach z mężczyznami, można odnieść wrażenie, że nawet trzęsienie ziemi ‒ w sumie kilka takich ją spotkało w życiu osobistym ‒ nie zrobiłoby na niej większego wrażenia. Dosłownie zero życia.

Natomiast już w Komańczy i dalej w czasie uwięzienia w Ługańsku nagle okazuje się, że Marta Kohn jest temperamentną pięćdziesięciokilkulatką, ironiczną, kłótliwą babą, która co prawda nadal izoluje się od społeczeństwa, ale potrafi przyłożyć mężczyźnie, a od czasu do czasu upija się niemal do nieprzytomności w knajpie i siada za kierownicą, by wrócić do domu. Nie ma wiele wspólnego ze spokojną malarką z przeszłości. Autorka najwyraźniej chciała stworzyć portret niezależnej kobiety i pokazać, że nigdy nie jest za późno na nową miłość i zmianę otoczenia. Tyle że o ile w retrospekcji bohaterka jest raczej obojętna czytelnikowi, taka nijaka, o tyle po przeprowadzce w Bieszczady denerwują jej upór i infantylne zachowanie (przykładowo odpowiedź na zaproszenie do Paryża: Ja jeszcze nie wiem, czy przyjadę, jestem wolnym człowiekiem i nie znoszę jakiegokolwiek nacisku).

Kolejna kwestia: wydarzenia z życia bohaterki stają się pretekstem do wypowiedzenia swoich poglądów na różnorodne tematy, m.in. na wydarzenia historyczne i współczesne, od zbrodni katyńskiej przez powstanie warszawskie aż po katastrofę smoleńską. Dosłownie od Sasa do Lasa. Miałam wrażenie, że autorka uprawia swoisty rodzaj propagandy ‒ scedowała na bohaterkę własne poglądy dotyczące religii, praw człowieka, traktowania zwierząt, a nawet uboju rytualnego, myślistwa itp. I mimo że właściwie zgadzam się z większością z nich, ich nagromadzenie brzmi nienaturalnie, nie zawsze pasuje do fabuły, a w ustach nijakiej Marty Kohn ten zapał i zdecydowanie nie brzmią wiarygodnie. W niektórych momentach czułam się, jakbym czytała pozytywistyczną powieść tendencyjną, tyle że do Orzeszkowej pani Nurowskiej daleko, oj daleko. Te ideologiczne dygresje jedynie wprowadziły chaos i niepotrzebnie zdezorganizowały narrację.

Nie da się zaprzeczyć, że autorka ‒ umieszczając akcję powieści na ogarniętym wojną wschodzie Ukrainy ‒ chciała zwrócić uwagę na ważny problem: z dnia na dzień jakby zapominamy, że tam nadal toczy się wojna, codziennie umierają ludzie. Przerażone zamachami terrorystycznymi kraje europejskie przybierają coraz ostrożniejszą postawę w rozmowach z Rosją, w której widzą potencjalnego sprzymierzeńca w walce z terrorystami. Tyle że ten wątek wojny w książce o kobiecie, która w dojrzałym wieku postanowiła przeprowadzić się w Bieszczady, nie brzmi przekonująco i można podejrzewać, że jest kolejnym pretekstem, by autorka wygłosiła swoje zdanie na temat współczesnej sytuacji politycznej i między innymi religii (pobyt w więzieniu staje się bowiem dla bohaterki okazją do przemyśleń dotyczących religii).

Wariatka z Komańczy nie ujęła mnie specjalnie ani fabułą, ani warstwą językową. Moja feministyczna dusza buntuje się przeciwko schematycznym terminom ‒ jak literatura kobieca na określenie kiepskich wytworów popularnego nurtu literatury ‒ ale powieść Nurowskiej niestety aż się prosi, by w księgarni postawić ją na półce w tym dziale. W sumie największą zaletą powieści jest, że czyta się ją bardzo szybko ‒ poświęciłam na to jeden długi świąteczny wieczór, ale nie jestem przekonana, czy za jakiś czas będę pamiętała, o czym była ta książka.

Maria Nurowska, Wariatka z Komańczy, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, 272 strony

1 komentarz: