Strona główna

Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach ‒ Dennis Covington

Czarne.com.pl
Na górniczym południu Stanów Zjednoczonych, gdzieś u stóp górskiego łańcucha Appalachów odbywają się nabożeństwa, w czasie których wierni, pragnąc, by zstąpił na nich Duch Święty i wypełniło się Słowo, w ekstazie religijnej biorą do rąk jadowite węże i piją strychninę. Dziennikarz Dennis Covington postanowił napisać artykuł na temat jednego z kaznodziejów z Kościoła Jezusowego ze Znakami, który w pijackim amoku próbował uśmiercić swoją żonę. Szaleniec przystawił jej pistolet do głowy i kazał włożyć rękę do klatki z hodowanymi na potrzeby nabożeństw grzechotnikami. Autor pojechał do Scottsboro w czasie, gdy jeszcze trwał proces Summerforda, napisał swój artykuł i tak bardzo zafascynował się dziwacznymi praktykami religijnymi, że sam zaczął jeździć na nabożeństwa. Efektem tych kontaktów jest książka "Zbawienie na Sand Mountain".

Kościoły "wężowników" stanowią jakąś wariację na temat Kościoła metodystycznego i zielonoświątkowego, a w centrum ich wierzeń stoi wiara w znaki i dary Ducha Świętego, którymi obdarowywani są wierni w czasie nabożeństwa, a także cytat z Ewangelii według świętego Marka 16, 17-18: "Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie". Realizowanie tego nakazu ma oznaczać wypełnianie Słowa. W czasie nabożeństw świecki kaznodzieja wygłasza krótkie kazanie obficie okraszone śpiewem, tańcem i spontanicznymi okrzykami pozostałych uczestników, wierni w modlitewnej ekstazie piją strychninę, wkładają na siebie ręce i wykrzykują cytaty z Pisma Świętego, po czym wyjmują ze skrzynek grzechotniki i pozwalają im się wokół siebie swobodnie owijać. Oczywiście wielu spośród wiernych ma w rodzinie śmiertelne ofiary tych praktyk.

Historia szalonego kaznodziei z kościoła w budynku po starej stacji benzynowej stała się dla Covingtona początkiem ważnych zmian i porządków we własnym życiu. Początkowo autor zamierzał jedynie jako obiektywny dziennikarz freelancer brać udział w nabożeństwach, by zrozumieć, na czym one polegają i co takiego kieruje wiernymi, że ryzykują życie, biorąc do rąk niebezpieczne gady. Z czasem zaangażował się w działalność wspólnoty, zaczął zabierać na nabożeństwa żonę i dwie małe córeczki, razem pokonywali wiele kilometrów pomiędzy Alabamą, Tennessee i Georgią, by uczestniczyć w spotkaniach modlitewnych.

Branie węży do rąk jest dla mieszkańców górniczego podnóża Appalachów z jednej strony poszukiwaniem sacrum, z drugiej ucieczką przed industrializacją ‒ uprzemysłowienie sprawia, że dla mieszkańców Południa praca, czyli to, co przez dziesięciolecia stanowiło sens i centrum ich życia, staje się wyniszczająca. Praca w kopalniach, fabrykach i szwalniach nie uświęca jak dawniej, ale wycieńcza i jedynie prowadzi do szybszej śmierci. W pragnieniu wzięcia węża do rąk w czasie nabożeństwa jest coś narkotycznego, co z pewnością wiąże się również z potrzebą życia we wspólnocie. Ryzyko musi zbliżać ludzi. Nawiedzeni kaznodzieje pociągają za sobą tłumy wiernych, którzy pragną się oderwać od swojego szarego życia, wypełnionego ciężką pracą.

Wizyty w kościele wężowników stały się dla autora pretekstem do zadania sobie pytań o własną tożsamość i pochodzenie swej rodziny. Covington postanawia sięgnąć do zielonego segregatora z zapiskami, które niedługo przed śmiercią zbierał jego ojciec. Autor ‒ mimo iż nie bezpośrednio ‒ stawia pytanie, jak wiele jesteśmy w stanie zaryzykować, by zrealizować ludzką potrzebę transcendencji, posmakować religijnej ekstazy i po prostu oderwać się od szarej rzeczywistości.

"Zbawienie na Sand Mountain" jest książką dziwną, mroczną i tajemniczą jak jej bohaterowie, którzy ryzykują życie, by doświadczyć jakiegoś sacrum, uniesienia, ekstazy. Nie jestem pewna, czy autorowi udało się uzyskać odpowiedź na dręczące go pytania, ale historia wężowników pokazuje, że potrzeba transcendencji jest czymś przyrodzonym, ponadkulturowym, po prostu ludzkim.

Dennis Covington, "Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, 200 stron

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz