Strona główna

Nie oświadczam się ‒ Wiesław Łuka


Instytutr.pl
W Wigilię 1976 roku na drodze z Połańca do wsi Zrębin w Świętokrzyskiem troje młodych ludzi zostało brutalnie zamordowanych przez swoich sąsiadów. Przed śmiercią potrącił ich autobus pełen mieszkańców Zrębina wracających z pasterki. Żaden ze świadków nie kiwnął palcem, kiedy kaci dobijali swoje ofiary. Bezpośrednim impulsem do zbrodni było oskarżenie o kradzież kiełbasy na weselu. Wiesław Łuka był w domach zrębinian, w sądzie w Sandomierzu, gdzie świadkowie zdarzenia i ich rodziny zorganizowali niepojęty spektakl matactwa ‒ efektem reporterskiej pracy Łuki jest książka niezwykła, więcej: lektura obowiązkowa, bo mimo iż oparta na wydarzeniach z maleńkiej świętokrzyskiej wsi ‒ niezwykle uniwersalna i przerażająca w swej wymowie.

Ofiarami zbrodni w sprawie połanieckiej ‒ jak nazywany jest mord z 1976 roku ‒ byli młoda ciężarna kobieta, jej mąż i nastoletni brat. Oprawcami ‒ trzej mieszkańcy Zrębina, odrobinę zamożniejsi niż ich sąsiedzi, a przez to cieszący się we wsi niepojętym wręcz posłuchem, dzięki któremu udało im się zastraszyć ludzi. Mordercy po dokończeniu swego dzieła odprawili przed znajdującymi się w autobusie gapiami swoistą czarną mszę ‒ przebijali im palce agrafką i kazali przysięgać na krew, iż dochowają tajemnicy, świadkowie całowali różaniec i otrzymywali medaliki przywiezione z Jasnej Góry. Oprawcy wzmacniali efekt zwitkami banknotów przez kilka miesięcy regularnie wręczanymi osobom, które były w autobusie. Gdy sprawa wyszła na jaw i podejrzani o morderstwo zostali aresztowani, świadkowie postanowili rozpocząć grę mataczenia: wielokrotnie zmieniali zeznania, jako świadków wskazywali osoby, których tej strasznej nocy nie było na miejscu zbrodni, udawali nie do końca sprawnych intelektualnie. Słowem: ze śmierci trojga niewinnych młodych ludzi, prawie dzieci, uczynili farsę. Efektem były masowe wyroki za fałszywe składanie zeznań.

Z reportażu Łuki przebija straszliwa obojętność na ludzką krzywdę i jakieś totalne pomieszanie wartości ‒ takie czyste zło. Nie mogłam pojąć, gdy czytałam, że babcia zamordowanych tłumaczyła, iż może nie warto oskarżać Wojdy [nazwisko zniekształcone], bo "dzieci nikt nie wróci", a Wojda "wczoraj przyszedł i za flaszkę miodu pomógł naszej krowie się wycielić". To musiało być jakieś zbiorowe szaleństwo, jakaś czarna kurtyna musiała spaść na tych ludzi i zamroczyć ich umysły. Ciągłe kłamstwa powtarzane przez świadków doprowadziły do tego, że w końcu sami nie byli pewni, co jest prawdą, a co fałszem. Wielość "prawd" przedstawianych przez zeznających sprawiła, że sąd, zarówno pierwszej, jak i drugiej instancji, miał niezwykle trudne zadanie. I te ciągłe zapewnienia oskarżonych o swojej niewinności, pokrętna logika mająca dowieść, iż w Zrębinie doszło do wypadku ‒ po prostu groza ogarnia człowieka. Znamienne jest, iż osobą, dzięki której milicja zaczęła badać sprawę jako morderstwo, a nie wypadek, był czternastoletni Stasio, który pod domem jednego z morderców krzyknął: "Bandyto, zabiłeś mojego kolegę Miecia!".

Przez kilka lat trwania procesu Zrębin wrzał, ludzie żyli niemal tylko i wyłącznie zbrodnią, szaleli z obaw, bo prawie każdy miał coś na sumieniu, choćby był jedynie niemym świadkiem lub usłyszał opowieści innych. Rodzice zamordowanych młodych ludzi przeżywali piekło. Rodzina Wojdów zastraszyła wieś (powstała rzekomo nawet lista ludzi "do sprzątnięcia"), tak że nawet gdy oskarżeni przebywali w areszcie, mieszkańcy Zrębina zbierali się małymi grupkami, by deliberować, "co to będzie, gdy chłopy Wojdowe wrócą?". To zbiorowe szaleństwo zakończył wyrok kary śmierci przez powieszenie na dwóch oskarżonych i po dwadzieścia pięć lat więzienia dla dwóch pozostałych. Tylko czy dzięki temu Zrębin spokojnie śpi w nocy?

Za tytuł reportażu posłużyły kuriozalne słowa oskarżonych, którzy mówiąc "Nie oświadczam się", odmawiali składania zeznań. Wiesławowi Łuce udało się oddać atmosferę sali sądowej i w sposób bardzo realistyczny przedstawić przesłuchania i rozmowy ze świadkami, gdyż obszernie posłużył się cytatami, wypisał całe dialogi z sal sądowych, wszedł w język mieszkańców Zrębina. Wydaje się, że w sferze technicznej jest to wielka sztuka, ale też potrzeba do tego ogromnej wrażliwości, umiejętności słuchania, wyjątkowego wyczucia i wyczulenia na słowa drugiego człowieka. Łuka z pewnością posiada ten dar, dlatego jego reportaż ma wymiar uniwersalny i nawet wydany cztery dekady po tragicznych wydarzeniach nie zdezaktualizował się. "Nie oświadczam się" to reportaż z półki "must-read". Nie jest przyjemną lekturą, ale kto jeszcze nie czytał ‒ szczególnie jeśli zaczytuje się w literaturze faktu ‒ musi sięgnąć!

PS. Reportaż po raz pierwszy opublikowany został w 1981 roku. Ponownie ukazał się nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie, które wydaje naprawdę świetne książki i w ogóle chapeau bas dla założycieli, jednak w przypadku serii reporterskiej mam wątpliwości co do strony poligraficznej publikacji ‒ o ile projekt okładki, w ogóle cała seria minimalistycznych okładek autorstwa Dominiki Jagiełło, bardzo mi przypadł do gustu, to jakość papieru (toaletowy), spojenie bloku książki z okładką (wyłażący żółty klej), a także jakość druku (bladziutki) pozostawia wiele do życzenia. Książkę o cenie okładkowej 38 zł naprawdę można wydrukować z większą starannością. Czytałam, mając wrażenie, że trzymam w rękach starą, rozpadającą się książkę z lat siedemdziesiątych, wydrukowaną na kwaśnym papierze. Szkoda by było, żeby tak dobra lektura rozpadła mi się na półce za kilka lat. Może wydawnictwo pomyśli o zmianach w tym zakresie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz