Strona główna

Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie ‒ Jenny Nordberg

Czarne.com.pl
Według raportów ONZ Afganistan jest najgorszym miejscem do życia dla kobiety. Całkowicie pozbawione praw do samostanowienia, zamknięte w domach, przytłoczone restrykcyjnymi tradycjami, mają jeden cel w życiu: urodzić syna. W przeciwnym wypadku traktowane są z największą pogardą, a ich rodzina okrywa się hańbą. Nic zatem dziwnego, że matki są w stanie zrobić wiele, by w rodzinie pojawił się potomek płci męskiej, a jednocześnie choć jednej z córek podarować odrobinę wolności. Jest to możliwe dzięki przebieraniu małoletnich dziewczynek za chłopców ‒ nazywa się je w Afganistanie "bacza pusz". Nordberg, zafascynowana tym zjawiskiem, zaczęła drążyć temat i badać życie Afganek ‒ efektem pracy autorki jest reportaż z wielką wrażliwością ukazujący problemy współczesnych kobiet w społeczeństwach kultywujących restrykcyjną segregację płci.

Nordberg początkowo miała problem ze znalezieniem bohaterek swego reportażu, ludzie nie chcieli opowiadać o córkach, które wychowywane są jako synowie. Dla nas raczej nie jest niczym nadzwyczajnym, że dziewczynka zakłada spodnie. Jednak trzeba sobie uświadomić, że w społeczeństwach wprowadzających segregację płci, jak w Afganistanie, różnica w stylu życia kobiety i mężczyzny jest kolosalna. Kobiety nie mają prawa samodzielnie opuszczać domu (w ekstremalnych sytuacjach, przede wszystkim na prowincji, istnieje praktyka zabijania okien domów, w których żyją kobiety), nie mają prawa do samostanowienia, to mężczyźni ‒ ojcowie, bracia, mężowie ‒ decydują o życiu kobiety, której najważniejszym życiowym obowiązkiem jest urodzenie syna.

Główną bohaterką reportażu uczyniła Nordberg Azitę ‒ afgańską parlamentarzystkę, jedną z nielicznych Afganek uczestniczących w życiu publicznym swego kraju, co oczywiście wcale nie było powszechnie pozytywnie postrzegane przez tamtejsze społeczeństwo. Azita jest matką czterech córek, z których najmłodsza została wybrana na "bacza pusz" ‒ ubierana jest jak chłopiec, nosi męskie imię, rodzina traktuje ją jak syna, co znaczy, że dziecko cieszy się przywilejami, na jakie w Afganistanie rzadko mogą liczyć córki. Przede wszystkim jako chłopiec może bez większych zastrzeżeń wychodzić z domu. Na przykładzie indywidualnych życiorysów Azity, Zahry, Szukrii, Nadir, a także tłumaczki Setory Jenny Nordberg z wielką wrażliwością i wyczuleniem maluje poruszający portret afgańskiej kobiety.

Gdy autorka zaczęła drążyć temat, okazało się, że zjawisko, które w Afganistanie nazywane jest "bacza pusz", nie ogranicza się wyłącznie do tego kraju. Jest ono charakterystyczne dla większości społeczeństw dyskryminujących kobiety. Przecież tak naprawdę jeszcze sto lat temu niektóre Europejki czy Amerykanki, by móc studiować lub pracować, przebierały się za mężczyzn, pisarki sygnowały swoje dzieła męskimi pseudonimami, by te w ogóle mogły zostać opublikowane. W Afganistanie tradycja "bacza pusz" ma właściwie dwie funkcje: po pierwsze zwyczajnie chodzi o to, by w rodzinie był choć jeden syn (w przeciwnym wypadku rodzina okrywa się hańbą, kobieta jest podejrzana jako ta, która nie urodziła potomka płci męskiej, bo tego nie chciała; o chromosomach Y nie słyszeli), Afgańczycy wychodzą z założenia, że "lepszy syn udawany niż żaden"; po drugie, szczególnie na wsiach, wierzy się w magiczną moc tej tradycji, zgodnie z którą kiedy w rodzinie pojawia się "bacza pusz", niebawem kobieta rodzi prawdziwego syna.

Realia związane z narzuconym przez opinię publiczną obowiązkiem powicia chłopca są w wielu wypadkach szokujące. Przykładowo bywa, że kiedy kobieta wraca do domu po porodzie z kolejną dziewczynką, przez kilka dni "za karę" odmawia się jej jedzenia. W biedniejszych rodzinach dzieci płci żeńskiej często nie dojadają, gdyż pierwszeństwo należy się synom; to oni pójdą do szkoły i w dorosłym życiu będą mieli prawo do decydowania o swoim losie (a także o życiu swoich żon, sióstr i córek). Z zachodniej perspektywy tradycja "bacza pusz" może się wydawać czymś krzywdzącym dla dziewczynki. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron reportażu zastanawiałam się, jakie skutki psychiczne i emocjonalne ma dla tych dziewczynek zmuszanie ich do rezygnacji ze swej płci kulturowej. Kiedy jednak uświadomiłam sobie, jak w detalach wygląda życie afgańskiej kobiety, zrozumiałam, że tak naprawdę "bacza pusz" swą kulturową zmianę płci postrzegają jako wielkie dobrodziejstwo, gdyż oznacza ona dla nich po prostu wolność.

Z reportażu przebija przytłaczające i zasmucające poczucie zniewolenia i pogodzenia się z tym afgańskiej kobiety. To straszne, że ceną za wolność w takim podstawowym znaczeniu ‒ wyjście z domu, możliwość zdecydowania, co chcę w danej chwili robić, jak chcę się ubrać, co chcę powiedzieć w towarzystwie ‒ musi być wyrzeczenie się własnej tożsamości społecznej, kulturowej, cielesnej. Afganistan to pewnie jeden z wielu krajów, w których kobiety powszechnie uważają, że "lepiej jest być mężczyzną", i niemal bez wahania zgodziłyby się, by żyć jako mężczyźni.

Nordberg wykonała świetną robotę, dlatego że zainteresowanie i fascynacja tradycją "bacza pusz" stały się dla niej impulsem do szerszego zbadania problemu, a tym samym przedstawienia tematu niezwykle ważnego, jakim jest los Afganek i w ogóle kobiet w społeczeństwach, które wprowadzają segregację płciową i dyskryminują kobiety jako współuczestniczki życia społecznego. Autorka nie ograniczyła się do rozmów z dziewczynkami i kobietami, które dorastały jako "bacza pusz". Przede wszystkim przeprowadziła świetny research, szeroko zapoznała się z literaturą na ten temat, doskonale zorientowała się też w działalności organizacji walczących o prawa człowieka w Afganistanie. Śmiało można powiedzieć, że w ciągu kilku lat, gdy przebywała w Afganistanie i pisała "Chłopczyce", stała się specjalistką w tym zakresie i pewnie jeszcze wiele dobrego zrobi dla afgańskich kobiet.

Ponadto Nordberg udało się ukazać życie Afganek nie tylko na szerokim tle społecznym, związanym z religią, tradycjami, zwyczajami, zabobonami, ale starała się autorka przełożyć ich sytuację na sferę polityczną. Afganistan jest jednym z krajów, którego historia w drugiej połowie XX stulecia zależała od okupanta w danym momencie przejmującego władzę. Czy byli to Rosjanie, talibowie, czy Amerykanie ‒ wszyscy oni wprowadzali w okupowanym kraju własny porządek. Zmiany te niestety szczególnie odbijały się życiu najsłabszych: kobiet i dzieci. Przykładowo komuniści próbowali wprowadzić powszechny obowiązek szkolny i dążyli, by kobiety uczestniczyły w życiu publicznym, z drugiej strony kobiety dorastające w czasach, gdy władzę w kraju sprawowali talibowie, najczęściej są analfabetkami.

Największą wartością reportażu Jenny Nordberg, moim zdaniem, jest to, że dobitnie pokazuje, iż społeczne ‒ a czasami dosłowne, jak na afgańskiej prowincji ‒ niewolenie kobiet jest jedną z cech chorego społeczeństwa opresyjnego. Tutaj mówimy o ekstremum, ale tak naprawdę nie trzeba daleko szukać ‒ to, co dziś dzieje się w Polsce, jest niczym innym jak próbą zatrzymania kobiet w domach, by łatwiej było sprawować nad nami kontrolę. Nikt mi nie wmówi, że pan K, pani P czy państwo T nie mogą spać w nocy, ponieważ przy obecnej tzw. ustawie antyaborcyjnej mogłabym usunąć ciążę, nikt mi nie wmówi, że "genialny" program 500+ nie doprowadzi do zamknięcia się kobiet w domach z dziećmi (nawet jeśli na własne życzenie). Wszystko to są mechanizmy, które mają sprawić, iż łatwiej będzie sprawować nad nami kontrolę, i to zarówno ekonomiczną, jak i społeczną.

Jak pisze Jenny Nordberg, "konserwatyści i ekstremiści pod każdą szerokością geograficzną doskonale zdają sobie sprawę, [że] ci, którzy panują nad życiem i ciałami kobiet, panują też nad pieniądzem i trzymają w ręku władzę", a "kobiety niemające prawa decydować o własnej rozrodczości nigdy nie będą zdolne do podważenia władzy ekonomicznej mężczyzn. Ci, którzy mają władzę nad powstawaniem życia, rządzą światem". Pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że to feministyczny bełkot. Zawsze tacy będą, ale to nie znaczy, że powinniśmy spocząć na laurach. W Polsce my, kobiety, mamy możliwości, by buntować się przeciwko traktowaniu nas jak inkubatory, nad których życiem tzw. środowiska pro life chciałyby sprawować kontrolę. W krajach takich jak Afganistan kobiety nie mają szans na walkę z dyskryminacją, dlatego Jenny Nordberg nadzieję upatruje w mężczyznach ‒ ojcach, mężach i braciach. To jest najlepszy dowód, że reporterka nie jest zwariowaną feministką, której przewróciło się w głowie. Mężczyźni w tzw. społeczeństwach opresyjnych wcale nie muszą być powszechnie traktowani jako wrogowie kobiet.

Cóż z tego, że zachodnie organizacje praw człowieka wydają grube miliony na genderową edukację kobiet w społeczeństwach takich jak afgańskie, że starają się uświadomić im, iż stanowią one równie wartościową połowę społeczeństwa, skoro te kobiety nie mają żadnej możliwości sprzeciwu i walki o swoje prawa. To mężczyznom należy uświadamiać, iż z każdego punktu widzenia ‒ społecznego czy ekonomicznego ‒ bardziej opłaca się im, by ich córki się kształciły, zamiast wychodzić za mąż jako trzynastolatki, by ich żony pracowały i rozwijały się, zamiast siedzieć w czterech ścianach i oglądać hinduskie seriale lub modlić się o męskiego potomka. Dzięki edukowaniu mężczyzn w tym zakresie w społeczeństwach podobnych afgańskiemu będzie więcej ojców takich jak tata Azity ‒ świadomych.

Reportaż Jenny Nordberg zakwalifikował się do drugiego etapu Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki ‒ gorąco kibicuję "Chłopczycom", bo autorka wykonała świetną robotę i temat jest wyjątkowo na czasie, także w Polsce w związku z zafundowaną nam "dobrą zmianą". Polecam książkę, to najlepszy reportaż, jaki czytałam w ostatnich miesiącach.

Jenny Nordberg, "Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie", tłum. J. Hunia, Wołowiec 2015, 400 stron

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz